This text is replaced by the Flash movie.
O MNIE | RODZINA | AKTUALNOŚCI | REGIONALIA | PRACA | GALERIA | KONTAKT | LINKI | SONDA 

REGIONALIA

GODY - POLSKIE BOŻE NARODZENIE. 


 

Było od dawna zwyczajem, że panujący władcy obchodzili uroczyście dzień swoich imienin. Bywało nawet, że od urodzin panującego w danym państwie liczono lata. Nie dziwi przeto fakt, że od daty przyjścia na ziemię Jezusa Chrystusa zaczęto liczyć lata nowej ery. Wpadł na ten pomysł w wieku VI mnich Dionizjusz który jednocześnie zadał sobie trud, aby możliwie dokładnie określić datę przyjścia Pana Jezusa na ziemię. Wyznaczył ją na 25 grudnia 753 roku od założenia Rzymu. Później badania tego faktu dowiodły, że pomylił się w swych obliczeniach o jakieś 7 lat. Kiedy jednak spostrzeżono tę pomyłkę, było już rzeczą wprost niemożliwą cofnąć się i przeprowadzić korektę. Rzymianie około 25 grudnia obchodzili święto Niezwyciężonego Słońca (Solis invicti), gdyż właśnie w tym czasie nastaje przesilenie dnia nad nocą. Chociaż ta data nie jest datą historyczną narodzin Zbawiciela, Kościół wybrał ją, by wyprzeć i przepoić duchem chrześcijańskim pogańskie święto narodzin boga słońca. Wybór ten miał jeszcze inne uzasadnienie. Boże Narodzenie jest świętem światłości najdoskonalszej. Bowiem prawdziwym słońcem, które nigdy nie gaśnie i przezwycięża wszelkie mroki ciemności zła, jest Chrystus. Uroczystość Bożego Narodzenia wywodzi swój początek z Jerozolimy. Corocznie patriarcha tego miasta wraz z wiernymi udawał się z Jerozolimy w procesji do Betlejem, odległego około 8 km. Tam w Grocie Narodzenia odprawiał w nocy Mszę świętą. W Rzymie święto Bożego Narodzenia obchodzono już w wieku IV. Wspomina o tym kronikarz rzymski Filokales, pod rokiem 354 zaznaczając: Natus Christus in Betleem Judeae (Narodził się Chrystus w Betlejem Judzkim). Na naszych ziemiach, w czasach pogańskich, gdy Słowianie czcili bożka Światowida panował zwyczaj, że najkrótszy dzień a najdłuższą noc święcono uroczyście biesiadami, czyli inaczej godami. Gdy chrześcijaństwo przybyło do naszego kraju, zaczęto przy świątyniach budować specjalne sale, zwane godownikami lub wieczernikami. Taki godownik był też na Wawelu, tuż za katedrą, gdzie w uroczystych chwilach zbierano się na wspólne spożywanie wieczerzy. Zwyczaj ten tak zakorzenił się w obrządku starosłowiańskim, że gdy zaczęto obchodzić święta Bożego Narodzenia, nazwano je Godami. Znane było powszechne powiedzenie: Ustawiczne Gody li sumienie czyste. Do dziś w wielu rejonach Polski mówi się: Na Gody, Godni czas - to znaczy okres trwający od Wigilii do święta Objawienia Pańskiego, czyli Trzech Króli.

WIGILIA Kiedy wreszcie miną krótkie adwentowe dni, nadchodzi uroczysty dzień wigilijny. Słowo wigilia pochodzi z jeżyka łacińskiego i oznacza czuwanie. Tradycja czuwania przed dniami ważniejszych świąt wywodzi się ze Starego Testamentu. W izraelskich domach w wigilię szabatu i innych świąt przyrządzano jedzenie i czyniono wszelkie przygotowania, tak aby samo święto mogło być wolne od wszelkiej pracy. Kościół przejął tę praktykę, choć w ostatnim czasie z wielu wigilii pozostała tylko ta przed świętami Bożego Narodzenia. Wigilia!... Dziwny urok kryje się dla każdego z nas w tym prostym słowie. Wzruszamy się i myślami biegniemy do lat dzieciństwa, młodości. Staje przed nami rodzinny dom, jego ciepło, twarze matki i ojca, najbliższych. Żadne święta w roku nie nastrajają tak, jak wieczór wigilijny, jedyny wieczór w roku, misterium polskiej rodziny, wieczór mający w sobie coś z sacrum, ze świętości, jak pisała o nim ludowa poetka z Dąbrowy Tarnowskiej, Maria Kozaczkowa: ... to taki Wieczór, gdy jaśniej świeci Rodzinna gwiazda, Kiedy życzenia składamy bliskim Przez biel opłatka. Kiedy z daleka w rodzinne progi Dzieci przybiegną, A serca miłość i przebaczenie Zlewa się w jedno. Jakby amnestia zakwitła w blasku Wielkiego święta: By innym smutku z doznanej krzywdy Już nie pamiętać... Dzieci całują rodziców twarde Od pracy ręce... Czemuż w niejednym domu dni takich Nie bywa więcej... Zaś inna znów poetka Emilia Waśniowska takie snuje refleksje o wigilijnym wieczorze: To właśnie tego wieczoru, gdy mróz lśni jak gwiazda na dworze, przy stołach są miejsca dla obcych, bo nikt być samotnym nie może. To właśnie tego wieczoru, gdy wiatr zimny śniegiem dmucha, w serca złamane i smutne po cichu wstępuje otucha. To właśnie tego wieczoru Zło ze wstydu umiera, widząc jak silna i piękna jest Miłość, gdy pięści rozwiera. To właśnie tego wieczoru od bardzo wielu wieków pod dachem tkliwej kolędy Bóg się rodzi w człowieku. Dni Godów były uznawane za tak uroczyste i tak dostojne, że na ten okres przerywano wszelkie ciężkie prace w domu i w obejściu, a dotyczyło to zwłaszcza kobiet, aby wilka nie zamotać do wsi, o czym mówił fragment Sejmu piekielnego z początku XVII wieku. Do Nowego Lata przędzy nie motają, Kądzieli aż do Trzech Królów żadna z nich nie przędzie, Chust nie zwarza ani pierze, w żarnach mleć nie będzie... Były to raczej tzw. Święte Wieczory, jak je powszechnie nazywano gdzieniegdzie, kiedy bawiono się w przeróżny sposób, śpiewano pieśni, kolędy i pastorałki, czytano stare książki, kalendarze, przepowiednie, baśnie, opowiadano sobie różne historie z minionych lat. Dwunastnica, czyli dwanaście dni Godów, uważana była za nieomylną przepowiednię pogody dla dwunastu kolejnych miesięcy roku. Dzień 25 grudnia stanowił prognozę dla stycznia, 26 dla lutego, 27 dla marca i tak dalej. Ponadto każdą dobę dwunastnicy dzielono na cztery części w ten sposób: od godziny 18°° do 24°°, od 24°° do 6°° rano, od 6°° do 18°°. Każda ćwiartka doby wróżyła pogodę na odpo¬wiedni tydzień miesiąca.

WRÓŻBY WIGILIJNE W tradycji ludowej dzień wigilijny był dniem różnorakich wróżb i licznych zabiegów o charakterze magicznym, mającym zapewnić pomyślność w nadchodzącym roku. Każdy był przekonany, że Wigilia jest tym dniem, w którym następuje odnowienie dziejów świata, że jest to pierwszy dzień jak w raju, gdzie nie było śmierci i żadnego podziału. Wigilia stanowiła w chłopskiej świadomości powtórzenie takiej rajskiej sytuacji, a wieczerza wigilijna odzwierciedlała owo pojednanie wszystkich stworzeń: żywych i umarłych, dlatego wierzono, że dusze przodków zasiadają przy stole, że zwierzęta mówią ludzkim głosem, że jak w raju panuje wieczne lato, więc mogą zakwitać w tę noc drzewa w sadzie, woda w studni zamienia się w wino lub miód itp. Wierzyli w to mówienie zwierząt bohaterowie powieści Chłopi Władysława Reymonta, Witek i Józka. Zacytujmy więc ten fragment: A tymczasem Witek, głęboko tknięty, że w tę noc krowy ludzką moc mają, wywołał po cichu Józkę i poszli do obory. Trzymając się za ręce i dygocąc ze strachu a żegnając się raz po raz, wsunęli się do obory pomiędzy krowy. Przyklękli przy największej, jakby przy matce całej obory... Witek nachylił się aż do samego ucha i szepnął drżąco: - Siwula! Siwula! - Nie odrzekła ni tym słowem jednym, postękiwała ino i żuła, ruchała gembułą, pomłaskując ozorem. -Cosik się stało, że nie odpowiada, może za karę?... Grzeszniśmy pewnie, to nie usłyszymy, ino bezgrzesznym odpowiadają, a my grzeszne... Umilkli naraz, bo ostry, przenikliwy głos sygnaturki prze¬dzierał się do izby. - Sygnują na pasterkę, trzeba się zbierać... Humorystycznie podszedł do tego wierzenia ludowy poeta z Nowosądeckiego, Piotr Krzykalski, pisząc w gwarze swej ziemi wiersz pt. We Wigilię: Tak godali downi starzy: kiej kce chłopa mieć dziewucha, we Wigilię mo w łoborze głosu bydląt w modłach słuchać. Kiej zabłysła śrybrno gwiozdka, to przy złobie krów w łoborze klękła Kaśka i modli się: Jezusieńku, doj, bo mozes! Choć w złóbecku lezys goły, Tyś jest Panem wszego świata i jo Twoja ... Doj mi chłopa, nim przeminą młode lata. Wojtek, co skrył się pod złobem, łodezwoł się jakby z nieba: idź do łojców, to im powiedz, co im cynić zaroz trzeba. Przelękniono łojców woła: chodźcie, chodźcie do łobory! Głos janielski zem słysała, kieby grały naskie bory. Przyśli, słysą: Dziś Wigilio, Kaśkę z Wojtkiem złąccie przecie, bo inacej to niedługo łobydwoje wroz pomrzecie. Bez namysłu uradzili dać za Wojtka Kaśkę z wianem, skoro krowy tak godały, końcąc słowem: Amen, amen. Łozeniuł się Wojtek z Kaśką, buł wyrobnik, zmysł mioł zdrowy, bo gazdowie se myśleli ze to do nich mówią krowy. Wierzenia tego dnia miały stanowić o całym przyszłym roku: Ten dzień jaki, cały rok taki; Jakiś we Wigilię, takiś cały rok, mówiono powszechnie, więc każdy starał się być jak najlepszy, dzieci dostawały zaraz rano upomnienia, by były grzeczne i posłuszne, bo Wigilia rada dzieci bija. Nie należało w ten dzień nic pożyczać, a jeśli istniała tego konieczność, to lepiej było coś ukraść, bo to miało przynieść szczęście. Wiejskie parobki przez całe przedpołudnie uganiały się po wsi, by coś komuś zabrać i nie być na tym przyłapanym. Złapany na takim uczynku był pośmiewiskiem całej wsi i przez całe Gody nie miał prawa chodzić po kolędzie. Dziewczyna, jeżeli w Wigilię tarła mak, mogła mieć duże nadzieje na szybkie zamążpójście. Nie należało się myć w ten dzień, by we żniwa się nie pocić. A jeżeli ktoś się mył, to w wodzie, do której trzeba było wrzucić srebrny pieniądz lub obrączkę. Od świtu wigilijnego dnia zwracano uwagę na różne, na pozór nieznaczące wydarzenia, jak szczekanie psa, kształt dymu unoszącego się z komina, krakanie wron. To wszystko mogło powiedzieć, jaka będzie przyszłość. Zwracano pilną uwagę na to, kto pierwszy przyszedł do domu. Jeżeli był to mężczyzna, wróżyło to szczęście i dostatek, jeśli kobieta - było złym znakiem, zwiastowało plotki, nieporozumienia sąsiedzkie, a nawet śmierć w przyszłym roku któregoś z domowników. Najczęściej sprawdzały się przepowiednie dotyczące pogody: Narodzenie po wodzie, Zmartwychwstanie po lodzie, albo inaczej: Gdy choinka tonie w wodzie, jajko toczy się po lodzie; Jeśli w polu czarno, gdy się Chrystus rodzi, to będzie biało na łanie, kiedy Chrystus zmartwychwstanie; Jeśli w Gody zielono, to na Wielkanoc śniegu będzie za kolana; Jak w Wigilię gwiazdy świecą, kury dobrze jajka niesą; W jakim blasku Bóg się rodzi, w takim cały styczeń chodzi. Śnieg, gwiazdy lub mróz w dniu wigilijnym znamionowały dostatek i urodzaj na przyszły rok.. Śnieg w święto Narodzenia, gdy na sady spadnie, kwitnąć będą obficie - i prostak to zgadnie. Wierzono, że śnieg, gdy Bóg się rodzi, owoc bardzo obrodzi. Utarło się też powiedzenie, że gdy pasterka jasna, to komórka ciasna. Pogoda tego dnia napawała otuchą, bowiem dzień Bożego Narodzenia jasny i noc wprzód z wieczorem - urodzajem darzy sporym. Ojcowie zaś swym synom nieomylnie przepowiadali: Kiedy na Gody pogody, ciesz się, oraczu młody. Ostrzegano też że, gdy na Boże Narodzenie roztajanie, szykuj chłopie sanie, lecz gdy na Boże Narodzenie mróz, szykuj, chłopie, wóz. Złą wróżbą był także nów: Gdy Gody przypadają na nowiu, trudny rok w pogotowiu - lecz: Gdy Chrystus przed pełnią się rodzi, w następny rok urodzaj dogodzi.

WIGILIJNA WIECZERZA Najwspanialsza uczta w roku rozpoczyna się wraz z pojawieniem się na niebie pierwszej gwiazdy. Dawniej odbywała się ona w tzw. białej izbie, bielonej wapnem, przy stole nakrytym lnianym obrusem, pod który kładziono siano. Nogi stołu okręcano powrósłami ze słomy, zaś w rogu izby gospodarz stawiał snop niemłóconego zboża. W niektórych regionach kraju kładziono snopy w trzy lub cztery kąty izby. Pisał o tym Wincenty Poi w Pieśni o domu naszym słowami: Jak obrządek każe dzienny, Snopy wnosi sam gumienny, Bo trza chleba do wesela – I sam siankiem stół zaściela, W pamięć żłobu Zbawiciela, - I po kątach snopy stawi I coś z cicha błogosławi... Wieczerzę rozpoczynano modlitwą i dzieleniem się opłatkiem, po czym zasiadano do stołu, by spożyć potrawy przyrządzone z płodów ziemi i darów lasu. Rodzaj, ilość i kolejność potraw zależały od lokalnych tradycji. Przeważnie na wsi przygotowywano od pięciu do siedmiu potraw, a u ludzi zamożniejszych od dziewięciu do dwunastu. Najczęściej był to barszcz, kapusta niemaszczona, suszone grzyby, kluski z makiem, świeże ryby, suszone owoce, placek z białej mąki, groch, kluski z miodem, śliwy z kaszą, suszona rzepa, polewka migdałowa, zupa piwna, siemieniucha, czyli polewka z siemienia lnianego, kiszony żur, kasza jaglana, gołąbki z kapusty nadziewane kaszą gryczaną i wiele innych lokalnych potraw. Pisząc o potrawach wigilijnych warto wspomnieć o kutii, tradycyjnym daniu, zwłaszcza we wschodnich regionach kraju. Była to najbardziej tajemnicza potrawa wykonana z zachowaniem tradycyjnego rytuału, przy udziale całej rodziny. Przyrządzano ją z obtłukiwanej w żarnach pszenicy moczonej w mleku i przyprawiano miodem i makiem. Często mieszano ją z migdałami, orzechami, rodzynkami i śliwkami, na co kogo było stać. Była to potrawa nie tylko smaczna, ale także symbolizująca spokojną przyszłość. Pszenica oznaczała sytość, mak spokojny sen, miód słodycz życia. Gdzieniegdzie nogi stołu opasywano łańcuchem, często też dawano pod niego siekierę lub metalową część pługa, co miało zapewnić bezpieczeństwo całej zagrodzie. Powszechny był dawniej zwyczaj zostawiania jednego miejsca przy stole dla kogoś, kto niespodziewanie mógłby przyjść w ten wieczór. Zofia Kossak w swym Roku polskim tak pisze: Ktokolwiek zajdzie w dom polski w święty wigilijny wieczór, zajmie to miejsce i będzie przyjęty jak brat. Raz do roku, w ciągu paru godzin, społeczeństwo uświadamia sobie przez ten zwyczaj, jakim rajem byłby świat, gdyby prawa wigilijnej wieczerzy rządziły nim stale. Zostawiono też jedno miejsce wolne dla tych, którzy odeszli z rodziny, dla bliskich, z którymi łączono się duchowo i za których się modlono. Wspomina o tym Wincenty Poi słowami: A trzy krzesła polskim strojem Koło stołu stoją próżne, l z opłatkiem każdym swoim Idzie do nich spłacać dłużne: I pokłada na talerzu Anielskiego chleba kruchy, Bo w tych krzesłach siedzą duchy... Nikt nie pyta o kim mowa, Wszyscy wiedzą, co się święci, I dla kogo serce chowa Winną pamięć w tej pamięci! Łzą się uczta rozpoczyna - Niemo liczy się drużyna, Ze strat wszystkich, z lat ubiegłych, Z nieobecnych i poległych... Odkładano łyżkę każdej strawy i zostawiano na noc na stole dla duchów przodków. Echo wiary w odwiedziny dusz zmarłych odnajdujemy w zwyczaju niesprzątania izby po Wigilii, którą zaścielano dawniej słomą i sianem. Wynoszono ją dopiero w dniu św. Szczepana, część palono, a częścią gospodarz owijał drzewa w sadzie. Przykładał przy tym siekierę do pnia i groził: Zetnę cię, bo nie chcesz rodzić. Uczestnicząca w tym gospodyni osłaniała jabłonkę czy gruszę i przekonywała: Teraz już będzie rodzić, nie trzeba jej ścinać. W ogóle to w ten wieczór wierzono z całą mocą, że jest to czas cudów niezwykłych, że czas zatrzymuje się na chwilę, że przychodzą duchy przodków, psy wyją bo to czują, przychodzą dusze opiekuńcze i dobre, których nie należy rozgniewać, trzeba poruszać się po domu ostrożnie, by nie nadepnąć na nie, zdmuchiwać siedzenia, by ich nie przysiąść, nie wylewać wody, by ich nie wylać, zmoczyć i znieważyć przez to. Wigilijna wieczerza jednoczyła wszystkich, parobek jadł z gospodarzami przy jednym stole, rzecz nie do pomyślenia w inne dni. Akurat w Wigilię, według zwyczaju, przypadał termin wygaśnięcia umów o pracę. Więc wiadomo, że parobek teraz nie jest parobkiem, może robić co zechce, jest wolnym człowiekiem, więc je, pije, psoci bezkarnie. Dawniej, przed uwłaszczeniem, każdą potrawę zjadano sięgając do wspólnej misy na stole. Po uwłaszczeniu sytuacja na tyle się poprawiła, że każdego było stać, by mieć własną miskę. Jednak, gdy sięgam pamięcią do Wigilii swego dzieciństwa sprzed pół wieku, to jeszcze jadano z jednej miski glinianej, drewnianymi łyżkami. Ruch był przy tym bardzo wielki, po całodniowym wigilijnym poście. Twierdzono też, że w tę noc, o północy, woda we wszyst¬kich studniach zamienia się w wino, trudno jednak na ten czas natrafić, aby wiadro wyciągnąć, gdyż prosty człowiek nie może wiedzieć jak zegary w niebie chodzą. Wino było drogie, było luksusem, którego smaku chłopi nie znali. Gdzieniegdzie stawiano na stole chleb, a na nim nóż, na nożu opłatek. Nazajutrz z tego odczytywano wróżbę, zależnie od tego, z której strony rdza padła na nóż. Jeśli od opłatka, to oznaczało zarazę na pszenicy, jeśli od chleba, to dobre plony. Wróżono też w ten sposób: wkładano pod talerze czy miski różne przedmioty, np. węgiel, sól, chleb, pierścionek, mirt. Kto zasiadłszy do wigilijnej wieczerzy odkrył swój talerz i znalazł tam węgiel, mógł w nadchodzącym roku spodziewać się śmierci - węgiel oznaczał żałobę, sól - łzy, chleb - sytość, pierścionek - ożenek, mirt - zaręczyny. W czasie spożywania wieczerzy nie należało wstawać od stołu, źle też wróżyło, jeśli komuś upadła łyżka na ziemię. Źle, jak kto zobaczył swój cień na ścianie. Wróżono też z siana wyciągniętego spod obrusu na stole. Kto wyciągnął źdźbło długie - mógł liczyć na długie życie. Po wieczerzy każdy z domowników zdmuchiwał płomyk palącej się świecy czy łuczywa. Jeśli dym unosił się w górę, wróżyło to zdrowie, jeżeli wahał się, przepowiadało chorobę, jeżeli zmierzał wprost do drzwi, trzeba było takiemu myśleć o śmierci. Wieczna obawa przed wilkami nakazywała w ten wieczór zapraszać je do stołu, by były przyjazne dla człowieka. Kiedy na stole pojawiał się w misce groch, gospodarz brał go na łyżkę i mówił: Wilku, wilku, chodź do grochu! Jak nie przyjdziesz, siedź do roku. Nie miałeś tu jatowiska, Nie miej tu i legowiska! Grochem tym rzucał na okienną szybę wierząc, że nie spotka go nic złego od wilków. Niektórzy właściciele pasiek szli wieczorem i pukali do każdego ula, oznajmiając pszczołom radosną nowinę, że Bóg przyszedł na świat. Gdy już wszystkie wróżby i zwyczaje zostały spełnione, ludzie i zwierzęta nakarmieni, nadchodził czas pójścia na pasterkę do kościoła, by przywitać Maleńkiego, by pełną piersią zaśpiewać: Bóg się rodzi, moc truchleje, Pan niebiosów obnażony... Czasami swawolni parobcy lubili podokazywać na pasterce: a to dwom gospodyniom zeszyli razem suknie, to znów naśladowali różne ptaki, wtórując organiście. Wprawdzie nie podobało się to trochę księżom, lecz wybaczali te żarty czynione w najradośniejszą noc roku. W tradycji ludowej sam dzień Bożego Narodzenia był świętem rodzinnym, nikogo nie odwiedzano, nie wykonywano żadnych prac gospodarskich. W dniu św. Szczepana święcono owies, którym obsypywano idącego przez kościół kapłana, a po nabożeństwie siebie nawzajem. Gdy rok był urodzajny, zdarzało się nieraz, że słudzy kościelni zbierali po kilka worków owsa z posadzki kościelnej. Zwyczajem tym przypominano ukamienowanie św. Szczepana. Dzień ten był też dniem wypowiadania służby, służący dostawali zapłatę za cały rok i godzili się do służby na następny u tego samego, czy też innego gospodarza. Odśpiewywano mu wierszowaną piosenkę: Na święty Szczepan Każdy sługa pan. Gospodarz ze sługą idą jedną drogą, Sługa z gospodarzem piją piwo razem. Gospodyniom zaś śpiewali: Idą Gody, idą, będzie płaczu dosyć, będą gospodynie sarne wodę nosić. Same wodę nosić, same prać, gotować, będą gospodynie kucharek żałować. Gdy zakończyliśmy rozważania o tradycjach wigilijnych, oddajmy jeszcze głos ludowemu poecie, Janowi Pockowi, który w swym wierszu Wigilia jeszcze raz ukaże nam ten niezapomniany wieczór: Jak każe tradycja stara, jak kiedyś ojciec siwy, tak samo dziś odprawiam misterium polskiej wigilii. Pod ścianą snop słomy żytniej, na stole wiązka siana, kantyczką ludową kwitną kolędą wielbią Pana. Jak miło razem z rodziną wśród ścian wapnem bielonych, gdy płonie zorzą olbrzymią poezja siana i słomy. A gdy jasnością rozkwita patrzące w niebo okno, z serca się zrywa modlitwa - niech idzie precz samotność. z mis glinianych wieczerza miłości staje się ucztą tonącą w pięknie i śpiewach, biesiadą szczerą, ludzką. O, bądź błogosławiona, gwiaździsta święta nocy, za to, że w naszych domach rodziny opłatkiem jednoczysz.

OPŁATEK Nieodłącznym elementem Wieczerzy Wigilijnej jest wzajemne łamanie się opłatkiem. Jest to zwyczaj jedyny w swoim rodzaju, nawiązujący do chleba eucharystycznego, pod którego postacią przebywa Chrystus wśród nas na ziemi, by być pokarmem dla wierzących w ich ziemskiej drodze do zbawienia, do nieba. Już w erze wczesnochrześcijańskiej liturgia mszalna określana była jako Fracio panis - łamanie chleba. Tradycja łamania się opłatkiem jest dalekim echem form kultu i życia wspólnotowego pierwszych chrześcijan, o których św. Łukasz napisał w Dziejach Apostolskich, że trwali oni w nauce apostołów i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwie (2,42-46). Bliższy tej tradycji jest wczesnośredniowieczny zwyczaj polegający na obdarowywaniu zgromadzonych w kościele chlebem nieofiarnym, zwanym eulogią. Był to chleb błogosławiony w Kościele Wschodnim w czasie Mszy świętej, stanowiący namiastkę Komunii, był również spożywany na ucztach braterskich - agapach. Na Zachodzie święcono ten chleb także poza Mszą świętą i podobnie jak na Wschodzie symbolizował on zjednoczenie z Bogiem. Eulogią wprowadzona została w IV wieku, gdy liczba wiernych gwałtownie rosła, a jednocześnie zaczęła zanikać praktyka przyjmowania Eucharystii przez wszystkich uczestników Mszy świętej. W VI wieku zwyczaj rozdawania chleba błogosławionego został przeniesiony z Konstantynopola do Galii, Italii, Niemiec, ulegając stopniowo różnym zmianom. Eulogie posyłali sobie nawzajem biskupi jako znak jedności, a także kapłani swym wiernym, często razem z listami zawierającymi życzenia. Nazwa opłatek pochodzi od łacińskiego słowa oblatum (dar ofiarny) i oznacza rodzaj przaśnego chleba pieczonego w formie bardzo cienkich płatków. Używano do jego pieczenia rzadkiego ciasta pszennego niekwaszonego i niesolonego. Ciasto takie wylewano na rozgrzane w ogniu płaskie kamienie lub metalowe płyty, które po upieczeniu obcinano na kształt koła. Koło bowiem z dawien dawna symbolizowało wszelką doskonałość. W późniejszych wiekach udoskonalono wypiek opłatków, a ten najcieńszy i najdelikatniejszy zwany od łacińskiego słowa nebula - mgiełka, był przeznaczony do liturgii Mszy świętej. Pierwsi zaczęli wypiekać takie opłatki zakonnicy ze starego benedyktyńskiego opactwa w Cluny w Burgundii. Stam-tąd zwyczaj ten przejęli zakonnicy innych zgromadzeń. W jego produkcji posługiwano się pszenną mąką, mieloną w specjalnych młynach, z której nie wolno było piec zwykłego chleba. Ciasto wylewano na rozgrzane żelazne szczypce z kolistym wgłębieniem, na którym wyryty był krzyż, litery IHS, insygnia Męki Pańskiej. Od XII wieku zaczęto w kołach opłatkowych umieszczać baranka, nazywając taki opłatek agnuskiem. W Polsce początkowo, tak jak i w innych katolickich krajach, wypiekiem opłatków zajmowali się zakonnicy w klasztorach, im tylko była wiadoma receptura wypieku. Gdzieś od połowy XV wieku wypiekiem zainteresowali się ludzie świeccy i od tego czasu zaczęto używać opłatków do celów pozaliturgicznych. Jest to przypadek odosobniony i niespotykany nigdzie poza polską kulturą. Wiek XVI przyniósł modernizację wypieku opłatków, która polegała na zastosowaniu jako formy piekarniczej, a zarazem swoistego piekarnika, żelaznych szczypiec o kształcie prostokątnym, zaopatrzonych w tabliczki z różnymi motywami bożonarodzeniowymi i ornamentami. Nastąpił wtedy burzliwy rozwój zarówno rodzimego żelazorytnictwa, ściśle związanego z produkcją form do wypieku opłatków, jak również plastycznych rozwiązań form. Opłatki smarowane miodem służyły jako ulubione łakocie dla dzieci, starszym - jako przekąska do wina. Używano ich też do pieczętowania listów oraz wykonywania tzw. światów, które zawieszano w głównej izbie na środkowym tragarzu sufitu jako swoistą ozdobę domu w okresie świątecznym. Stosowanie opłatków w użyciu świeckim, przy jednoczesnym uwzględnieniu ich roli obrzędowej, rozwinęło się szczególnie żywiołowo na gruncie polskiej kultury ludowej, w wierzeniach i zwyczajach, w ciągu całego roku dla zapewnienia sobie zdrowia, jako ochrona przed ogniem i uderzeniem pioruna. Dawniej formy do wypieku opłatków miała prawie każda większa parafia, mieli je zakonnicy po klasztorach, którzy z opłatkami wysyłali swych braci - kwestarzy zbierających po wsiach dary na utrzymanie klasztoru. Pięknie przed laty o opłatku pisał Kajetan Kraszewski („Z opłatkiem” do swego brata Józefa Kraszewskiego, słynnego pisarza przebywającego poza granicami kraju: Do siego roku życząc panu bratu kiedy w rozłące pędzim dni ostatek (Choć dziś ten zwyczaj obojętny światu) Szlę ci opłatek. Dla nas on zawsze świętość wyobraża, Pamiątkę łaski, udzielonej z nieba, A oprócz skarbu branego z ołtarza Własny kęs chleba (...) Ojców to naszych obyczaj prastary Rodzinnej niwy maluje dostatek, Symbol braterstwa, miłości i wiary Święty opłatek (...) Opłatek stał się symbolem jedności Polaków, pragnieniem zjednoczenia z bliskimi choćby na odległość, oblewany nieraz łzami tęsknoty i żalu, stanowi dla duszy polskiej przedmiot jedyny i niepowtarzalny. Zabierali go ze sobą polityczni uchodźcy po narodowych powstaniach, zesłani na daleki syberyjski step, żołnierze walczący na frontach całego świata, którzy w każdy wigilijny wieczór w sposób szczególny wracali myślą do kraju, do swych rodzin, do osób bliskich. Pisał o nim poeta Wacław Rolicz-Lieder w wierszu pt. „Do tegoż Stefana Georga posyłając opłatek”: Jest w moim kraju zwyczaj, że w dzień wigilijny. Przy wzejściu pierwszej gwiazdy wieczornej na niebie, Ludzie gniazda wspólnego łamią chleb biblijny, Najtkliwsze przekazując uczucia w tym chlebie. Kiedy ojciec z talerza podnosi chleb biały. Zbierając w krąg domowych, na ten rozkaz niemy, Wszyscy się podnosimy, i duży, i mały, Wszyscy się obręczamy i wszyscy płaczemy. Bo w tej patriarchalnej, uroczystej chwili Przeróżne wsteczne rzeczy wspominamy sobie, Myślimy o tych, którzy niegdyś z nami byli, A dzisiaj, jak dzieciństwo nasze, leżą w grobie (...) Wielka jest rola opłatka w życiu Polaków, przełamanie się nim było zawsze wielkim przeżyciem i takim powinno być i dziś, by nie był to tylko mechaniczny gest, ale autentyczna miłość do tych, z którymi nas coś łączy i do tych, którzy są od nas daleko, z którymi może mamy jakieś zatargi, nieporozu¬mienia, do których się może latami nie odzywamy itp. Często trzeba się przełamać w sobie, żeby wyciągnąć rękę z opłatkiem, by w jego bieli znikneło wszystko zło, by serca nasze zapłonęły żarem autentycznej miłości, bo przecież miłość przyniósł nam przez swe Narodzenie Syn Boży - Odkupiciel Świata. Zakończmy te rozważania o opłatku wierszem Marii Rzepeckiej, która wspomina swój dom rodzinny w wigilijny wieczór: Pomnę z dzieciństwa śnieżną biel opłatka I cichą, świętą, wigilijną noc, Najbliższych swoich, drogie ręce matki I wzruszeń w sercu taką wielką moc... I o północy wigilijne dzwony, Kolędy rzewnej melodyjnie brzmienie, Niebo gwiazdami całe postrzępione I świec płonących odblaski i cienie. Dawne to dzieje - Minione to chwile - Do których wracam na klęczkach przez łzy Wspomnieniem drogim, spośród wspomnień tylu Dziś, gdy przede mną biel opłatka lśni. Do Was, najdrożsi, wyciągam swe ręce... Cząstką opłatka z Wami dzielę się Już nie na ziemi, lecz we własnym sercu W noc wigilijną, gdy czekacie mnie. Polskie kolendy Ubogie byłyby święta Bożego Narodzenia bez radosnych pieśni sławiących cud Boskiej miłości i fakt narodzin | Boga wśród ludzi.

POLSKIE KOLENDY Kto ich nie kocha? Są pieśniami niestarzejącymi się, żywymi. Są skarbem polskiej kultury i naszej religijności. Zachwycamy się ich urokiem, cieszy nas ich wielkie bogactwo ilościowe i tematyczne, jak w żadnym innym kraju na świecie. Chwytają nas za serce teksty często naiwne i proste, lecz jakże pełne miłości ku małemu Dzieciątku. Nazwa kolęda powstała od słowa Calendae, bo tak Rzymianie nazywali początek nowego roku i początek każdego miesiąca. Gdy Kościół zniósł stare, pogańskie obchody i uczty związane z nowym rokiem, nie zabronił śpiewania pobożnych pieśni sławiących cud Bożej Miłości względem ludzi i wzajemne obdarowywanie się w duchu miłości i braterstwa. Tym sposobem do języka naszych praojców weszło łacińskie słowo Calendae - kolęda w podwójnym swym znaczeniu: pieśni i podarunku, a później także grupowego chodzenia z życzeniami po kolędzie czy z kolędą. Pierwsze pieśni kolędowe mówiące o Narodzeniu Pańskim pojawiły się u nas zapewnię bardzo wcześnie, gdzieś już w XIII wieku, kiedy franciszkanie za wzorem swego Założyciela św. Franciszka z Asyżu zaczęli po świątyniach urządzać żłóbki i misteria ruchome ze scenami Pańskich Narodzin. Na pewno przy takich widowiskach śpiewano odpowiednie pieśni, choć zapewnię w języku łacińskim. Nie zachowały się one jednak do naszych czasów. Za jedną z najstarszych kolęd polskich uważa się pieśń Zdrów bądź, Królu anjelski, która w oryginalnym brzmieniu staropolskim rozpoczyna się słowami: Zdrów bądź, Królu anjelski, K' nam na świat w ciele przyszły, Tyś za jisty Bóg skryty W święte, czyste ciało wlity. Zdrów bądź, Stworzycielu wszego stworzenia, Narodziłeś się w ucierpieniu Przez swego ludu zawinienie... Tekst tej kolędy pochodzi z roku 1424 i jest prawdopodobnie oparty na tekście czeskim. Ekspansja kolędy na dużą skalę rozpoczyna się dopiero w XVII i XVIII wieku, kiedy to do ich dogmatycznych rozważań wkracza pierwiastek realizmu obyczajowego. Wówczas powstały tak znane kolędy, jak Wśród nocnej ciszy, Lulajże, Jezuniu czy jedna z najwspanialszych, dzieło Franciszka Karpińskiego Bóg się rodzi z roku 1792. Większość dawnych kolęd pozostała jedynie staropolskim zabytkiem literackim, nie wchodząc na stałe (oprócz kilku) do upowszechnienia. Melodie wielu kolęd to melodie taneczne epoki, w jakiej powstały, i tak: motyw poloneza i mazura występuje w kolędach W żłobie leży, Dzisiaj w Betlejem, Bóg się rodzi, Przylecieli aniołowie, Ach ubogi żłobie; motyw krakowiaka - w kolędzie Hej, bracia czy śpicie?; menueta - w kolędzie Pasterze drzemali w dolinie i marsza - w kolędzie Mędrcy świata, monarchowie. Kolędy przylgnęły do ludzkich serc niezwykłym magnesem i trwa to do dnia dzisiejszego. Są - jak dawniej - pełne krasy, jedne dostojne niby hymny kościelne, inne - pełne prostoty pastuszej i rzewności, jeszcze inne - radosne i skoczne albo liryczne. W wielu wypadkach trudno dziś dociec, kto je napisał. Jedne wyszły zapewne spod pióra zakonnego poety, bakałarza wiejskiego czy uzdolnionego organisty, inne powstały z potrzeby serca, z żarliwości człowieczej duszy i miłości ku Bożemu Dzieciątku. Ile jest kolęd, trudno zliczyć. Ich zbiory wydane w połowie XIX wieku zawierały ich ponad 300. Z biegiem czasu powstał i inny nurt rozwoju pieśni kolędowej, nurt bardziej swobodny, nieskrępowany powagą Kościoła. Związany był z tradycją kolędowania czy chodzenia po kolędzie w okresie świąt zimowych. Dawniej chodzili po kolędzie wszyscy, zwłaszcza żacy, bakałarze, parobcy, wszyscy ludzie niskiego stanu, szturmując pieśnią kolędową do kieszeni finansowej elity. Tu trzeba doszukiwać się pierwowzoru pieśni ludowych zwanych pastorałkami, które w prosty sposób przedstawiały sceny Bożego Narodzenia. Silny oddźwięk znalazło w kolędach poddaństwo polskiego chłopa, odrabiającego pańszczyznę na rzecz szlachty. Małego Jezusa nazywają pasterze dziedzicem, a siebie Jego poddanymi lub wiernym poddaństwem. Parobcy, których nie było stać na dar, pełnili funkcje muzykantów w pochodzie do stajenki. Kolęda z biegiem wieków stała się bardzo polska, swojska, ludowa, często w scenerii srogiej zimy, gdzie do Betlejem zdążały ze wszystkich stron kraju rodzime Macki, Bartki, Stachy, Wojtki. Mimo swej prostoty i często zbyt wielkiej poufałości, choć na granicy taktu i dobrego tonu, były ludowe kolędy najdroższym skarbem. Pisał o tym przed laty Zygmunt Gloger słowami: Kto przygląda się uważnie kolędzie, ten musiał dostrzec, że jej właściwym przymiotem i największym wdziękiem, samą jej istotą, jest ta poufałość naiwna, z jaką mówi o narodzeniu Pana Jezusa Matce Boskiej, z jaką nasz świat polski i wiejski przenosi w te odległe wieki i kraje. Ten koloryt lokalny, polski, nadany scenom betlejemskim, to jest cały wdzięk naiwności kolęd, a poufałość, prostota i rozrzewnienie, z jakim sceny są opowiadane, to jest ich piękność wyższa i wewnętrzna. Ci pasterze zbudzeni przez aniołów i spieszący do owej szopy, to są polskie parobki, ta szopa jest taka sama, jak każda stajnia przy wiejskiej naszej zagrodzie... Kolędy stały się własnością całego społeczeństwa, bo właśnie dzięki nim myśl wiernych najpełniej wznosić się mogła na wysokość Majestatu Bożego, pozwalając zbliżyć się do żłóbka prostym ludziom, na równi z aniołami i ziemskimi królami. Stały się one wspaniałymi pieśniami pochwalnymi, którymi - jak wspaniałym wieńcem - otoczona jest liturgia Bożego Narodzenia. Poza nutą radosną nie brak w kolędach i smutnych, lirycznych akcentów: Jezus Malusieńki, leży nagusieńki, plącze z zimna ... czy Mizerna, cicha, stajenka licha. Stąd troska ser¬deczna o los Dzieciątka, co przyszło w niedoli i ubóstwie. Autorzy dawnych kolęd patrzą na Boga - Człowieka jak na władcę, któremu się należy pałac - gdzie by gospodą stał. Nic dziwnego, wszak Jezus przyszedł na ziemię z niebieskiego dwora itd. W wielu kolędach nie brak wspaniałych określeń, jak: Dzieciątko, Śliczna ojcowska jasności, Najśliczniejszy kwiateczku, Pieścidełko, czy Perło droga z nieba. O kolędach można by ciągnąć opowieść w nieskończoność. Żal wzbiera w sercu, że dziś mało ich śpiewamy poza kościołem, w domu, w towarzystwie znajomych. Słuchamy ich przy pomocy taśm, płyt, radia TV i zapominamy ich słowa. Dawniej, gdy wyszło się na wieś, to z każdego domu dobiegały głosy śpiewanych kolęd, które w większości umiano na pamięć i uczono ich dzieci i młodzież. Kolędy weszły w naszą tradycję narodową, a pięknie swego czasu pisała o nich Zofia Kossak: Stary czy młody, wierzący czy obojętny religijnie, gdzież jest Polak, dla którego melodie: „Bóg się rodzi", „ Wśród nocnej ciszy", „ W żłobie leży" nie stanowiły części własnej duszy? Kończąc nasze rozważania o kolędach posłuchajmy jesz¬cze pięknego wiersza Władysława Bełzy pt. Co to jest kolęda? Witaj, stara piosenko, coś się w zorzy poranku – razem z małym Jezusem – urodziła na sianku! Siądź tu przy nas, niebogo, boś nie żadna przybłęda, aleś siostrą nam drogą ... Hej, kolęda, kolęda! Do Twej, Jezu, stajenki, szli przeróżni gazdowie, a za gwiazdą przewodnią – trzej chaldejscy królowie. Każdy szczodrą miał rękę ... Ale polska Ci grzęda urodziła piosenkę: Hej, kolęda, kolęda! ... Nuta piosnki prostacza, jak i słów jej osnowa. Przecież między piosnkami być się zdaje królowa ... Choć nie chodzi w koronie, krąży o niej legenda, że ofiarne ma dłonie ... Hej, kolęda, kolęda! A, gdy rzuci pytanie W oczy światu całemu: Kto pobieży - na sianie – kolędować Małemu- Zrywa Polska się cała, w tekst się pieśni oprzęda: Chwałaż, Panie, Ci chwała ... Hej, kolęda, kolęda. Brzmij więc piosnek królowo, niechaj czar się twój leje! Wskrzeszaj w sercu na nowo utraconą nadzieję! Jakże słodka i miła twoja z Niebem gawęda ... Tyś nas z Bogiem złączyła ... Hej, kolęda, kolęda!!!

KANTYCZKI POLSKIE Kantyczki polskie! Kto was nie zna, kto was nie kocha? Starsze pokolenie dobrze je pamięta, przetrwały w niejednym domu do dzisiaj i są wspaniałą pamiątką po minionych pokoleniach. Odegrały kantyczki niepoślednią rolę w polskiej religijności ludowej i dlatego warto o nich pisać przy różnych okazjach. Piszący te słowa posiada w swych zbiorach pożółkłe już od starości Kantyczki wydane w Krakowie w 1868 roku w dru¬karni Władysława Jaworskiego. W przedmowie do tego dzieła czytamy: Zbiór ten kolęd i innych piosnek o Bożym Narodzeniu, służy tylko ku zabawie domowej podczas długich wieczorów świąt Bożego Narodzenia. Pieśni zaś, które w kościołach mogą być śpiewane, znajdują się w Śpiewniku Kościelnym lub w innych książkach do nabożeństwa. Zwyczaj dawny przodków naszych przepędzania wesoło w domach wieczorów świąt tak drogich dla chrześcijanina, prawdziwie godzien jest naśladowania, gdyż przez to uniknie się kompanii szynkowych, karczemnych i innych złych, a następnie i obrazy Pana Boga. Czas pokazał dobitnie, że wiele znajdujących się tam kolęd dziś śpiewanych jest przez ogół wiernych w kościołach. Będąc kiedyś własnością prywatną, stały się własnością ogółu. Kantyczki - dziś już białe kruki - pojawiły się w druku dość wcześnie, a mianowicie w roku 1521, o czym wspomina prof. Julian Krzyżanowski. W bibliotece PAN w Kórniku zachowało się wydanie pieśni (183 karty) z lat 1551-1555 ze zbiorów hr. Działyńskiego, mające tytuł: Poczynają się pieśni nabożne czasu Narodzenia Dzieciątka najmilszego, a najsłodszego Pana miłościwe-go Jezusa, Jedynego Syna Przenajczyściejszego, a Niepokalanego Dziewica Pana Marye. Wiele z pieśni tam umieszczonych to przekłady z łaciny. Z biegiem lat, jak przybywało kolęd w naszej rodzimej kulturze, powiększały się ich drukowane zbiory, świadcząc o tym, jak bardzo rozśpiewany był dawniej naród polski. Kantyczki - czyli pastorałki i kolędy dla ludzi - były po żywotach świętych i książce do nabożeństwa trzecią pozycją w domowym księgozbiorze każdego Polaka umiejącego jako tako czytać. Kupowane na odpustach, jarmarkach czy od wędrujących kwestarzy zakonnych, stawały się nabytkami wszędzie mile przyjmowanymi, czy to w wielkomiejskiej kamienicy, dworze szlacheckim czy pod prostą wiejską strzechą. Tam znajdowały kantyczki odpowiedni klimat, ludzi, którzy zżywali się z nimi, przyznając im należne miejsce w domu. Zygmunt Gloger w swej Encyklopedii staropolskiej tak je określał: Kantyczki albo kancjonałki, tj. książeczki zawierające w sobie zbiór pieśni polskich nabożnych, zwłaszcza pastorałek i kolęd, Narodzenie Chrystusa opie¬wających. Adam Mickiewicz wspominał o nich w czasie prelek¬cji na temat literatury słowiańskiej: Żaden podobno naród nie może pochlubić się takim zbiorem, jak kantyczki polskie. Autorowie zawartych w nich pieśni nabożnych są niewiadomi, byli to, jak się zdaje, duchowni niżsi i bakałarze szkółek. Są jednak ślady, że i wielcy pisarze dorzucili tu później kilka hymnów ... Uczucia w nich wydane, miłości i czci Matki Dziewicy ku swemu Synowi, tak są delikatne, tak czysto niebiańskie, że tłumaczyć je prozą byłoby to znieważyć świętość. Ponieważ jednak ci prostaczkowie wtrącali czasem wyrażenia gminne, pieśni te długo służyły za pośmiewisko ludziom niezdolnym je ocenić... Żadne też dzieło polskie, nie doczekało się tylu wydań, co ona, i żadne nie zostało tak dalece w rękach nabożnego ludu wyniszczone, skutkiem czego żadna z bibliotek polskich nie posiada dziś nie tylko kompletnego zbioru Kantyczek, ale nawet ani połowy ich wydań. Nie poszukiwane dawniej przez uczonych, nabywane tylko przez lud na odpustach, na równi ze szkalperzami, medalikami, obrazkami świętymi, stawały się potem w częstym użyciu strzępami bardzo nieraz rzadkimi. Kantyczki - jako zbiory kolęd i pastorałek - ukazywały się najczęściej w oficynie paulińskiej na Jasnej Górze w latach 1737,1802,1837,1841,1844,1859 itd. Znane były też wydania lwowskie, krakowskie, a także wydawane w Nowym Sączu, Bochni, Poznaniu, Przemyślu. Wielkie zasługi w upowszechnieniu kolęd i wydaniu kantyczek położył ks. Michał Marcin Mioduszewski. Dzięki jego benedyktyńskiej wprost pracy, w XIX wieku kantyczki znów stały się modne, znów zaczęto je drukować - po pewnym za¬stoju w tej dziedzinie - wzbogacone nowymi utworami powstającymi żywiołowo w tym czasie. (…)

ŚWIĘTA RODZINA i POLSKA RODZINA W niedzielę po uroczystości Bożego Narodzenia Kościół stawia wiernym przed oczy Świętą Rodzinę | z Betlejem i z Nazaretu, dając ją za przykład wszystkim rodzinom, także rodzinom polskim. Rodzina w Polsce była zawsze oparta na mocnych fundamentach. Kiedy tylekroć w naszej historii wszystko zamieniało się w gruzy, na rodzinie budowało się nowe życie i to ona przechowała w sobie wiernie wszystko to, co było rękojmią odrodzenia. Jakże wiele rodzin przy wigilijnym stole odnajdywało się jakby na nowo, czasem po latach rozbicia, rozłąki. Dla Polaków dom rodzinny to nie tylko cztery ściany, dach nad głową. Ma on wartości o wiele cenniejsze, droższe i bliższe, jest domem autentycznej miłości rodziców do dzieci i dzieci do rodziców i dziadków. Jaka była polska rodzina dawniej? Na podstawie zapisów dawnych kronikarzy ukażmy jej życie choćby we fragmentarycznym skrócie. Zasadnicze znaczenie w obyczajowości polskiej minionych wieków miało życie rodziny, bowiem podstawową komórkę panującego ówcześnie systemu społecznego stanowiła właśnie rodzina. W dawnych czasach posiadała ona strukturę wybitnie patriarchalną. Byt jej opierał się na surowym autorytecie ojcowskim. Cześć dla ojca była bardzo wielka, dzieci nazywały go panem ojcem wiedząc, że on nie tylko jest ojcem, ale panem i władcą. Młodzież, choćby najbardziej niesforna, milkła na widok ojca, nie mówiono głośno w jego obecności, nawet nie odważono się siadać bez jego przyzwolenia. Należnym powitaniem ojca było pocałowanie jego ręki, objęcie za kolana, a w szczególnych wypadkach także i do nóg padano. Nauki religijne łączyły się z tradycją rodzinną, nakazującą bezwzględną cześć dla ojca, a odmowa błogosławieństwa ojcowskiego oznaczała nieszczęście. Między ojcem a dziećmi istniała więź opierająca się nie tyle na serdeczności, wzajemnym zaufaniu, co raczej na zasadach obowiązującej tradycji, respekcie i strachu. Dopóki żył ojciec, dopóty majątek był niepodzielny, a nawet dorośli syno¬wie zależni byli często od jego woli i nie mogli nawet marzyć o całkowitej samodzielności, chyba że ojciec zezwolił na małżeństwo i syna wyposażył. Mężczyźni żenili się rozmaicie, przeważnie dość późno. Służba dworska, wyprawy wojenne, podróże, oczekiwanie na majątek po ojcu to czynniki opóźniające ożenek. Bywało więc nieraz tak, że człowiek już bardzo doświadczony osiadał po burzliwym życiu na wsi i zakładał rodzinę. Znaczną przeszkodą dla zawarcia małżeństwa była nierówność stanowa. Początkowo na te sprawy nie kładziono zbyt wielkiego nacisku, dopiero w miarę pogłębiania się dystansu stanowego, coraz usilniej wystrzegano się mezaliansu. W XVIII wieku rozpowszechniły się obce pojęcia: szwagier i kuzyn, co było już dowodem słabnącego zainteresowania dla związków rodzinnych, ale tam, gdzie dawna tradycja była nadal żywa, bardzo dokładnie określano stopień pokrewieństwa czy powinowactwa. Tak więc brat męża zwał się dziewiarz, brat żony - szurzy, siostra męża - żołwica, siostra żony - świeść, żona brata męża - jątrew, rodziców męża zwano świekrami, rodziców zaś żony - teściami. Nie wszystkie rodziny były idealne. Małżeństwa zawierane były jakby na zasadzie kontraktu między dwiema stronami, bez udziału samych zainteresowanych, którym wola rodziców narzucana była z góry. Chodziło w tym wypadku o umocnienie rodu, posag, powiększenie majątku. Czasem młodzi darzyli się wzajemnym uczuciem lub rodziło się ono w trakcie związku, ale nie był to czynnik konieczny, aby małżeństwo było udane. Posłannictwem bowiem w dawnym pojęciu było rodzenie dzieci, opieka nad nimi i zajmowanie się domem. Żona najczęściej nie brała udziału w życiu towarzyskim, niewiele wiedziała o zajęciach i kłopotach męża, często nawet mieszkała wraz z młodszymi dziećmi pod tym samym wprawdzie dachem co mąż, ale z daleka od niego. Stanowisko kobiety w rodzinie decydowało o jej pozycji towarzyskiej i społecznej. Dopóki żona czy córka jest ślepo posłuszna, dopóki ma wyznaczony sobie wąski zakres działania w gospodarstwie i w izbie dziecinnej, nie może ona oczywiście być ozdobą towarzystwa, nie może odbierać hołdów i uwielbień, nie może zabierać samodzielnie głosu. To wszystko nastąpi o wiele później. Potoczna wiedza o dawnej obyczajowości kształtowana jest do dziś przede wszystkim przez artystyczne wizje literackie, malarskie, filmowe. Pośród historyków słyszy się pogląd, że nie jest to w pełni realny obraz minionych wieków. Brak higieny ułatwiał szerzenie się chorób wszelkiego rodzaju, niski poziom medycyny, wybuchające raz po raz epidemie i zarazy, tak częste w średniowieczu. To wszystko powodowało, że tylko jedno dziecko na cztery urodzone dożywało wieku dorosłego. W związku z tym kobieta wydawała na świat ośmioro i więcej dzieci, by chociaż kilkoro przeżyło. Nic więc dziwnego, że ludzie średniowiecza obcowali na co dzień ze śmiercią i byli raczej nastawieni dość fatalistycznie wobec losu, a śmierć kolejnych dzieci przyjmowali bardziej z tragiczną rezygnacją niż z rozpaczą. Zresztą samo dziecko, a raczej potomstwo, nie znajdowało się w centrum uwagi ani też nie troszczono się o nie tak mocno jak to się dzieje obecnie. Dzieci wzrastały w całkowitym niekiedy opuszczeniu i zaniedbaniu wobec najbardziej podstawowych potrzeb. Właściwie w rodzinach ubogich nie było żadnego miejsca przeznaczonego specjalnie dla dzieci, od najwcześniejszych lat dzieliły łóżka ze swoimi starszymi braćmi i siostrami. Toteż zdarzały się i takie wypadki, kiedy maleństwa umierały z powodu przyduszenia ich przez rodzeństwo. Dość wcześnie także kończyło się dzieciństwo i jeszcze zupełnie małe dzieci zaczynały pracę, albo też bywały oddawane do tzw. terminu czy na służbę. Śmierć rozdzielała po kilku lub kilkunastu latach duży procent małżeństw i współmałżonek wchodził w związek małżeński powtórnie, bez żadnego wahania i zupełnie nie bacząc na przyszły los dzieci ze swego poprzedniego związku. W kon¬sekwencji duża liczba dzieci, nie mogąc znosić dalej doznawanego upokorzenia, bardzo wcześnie opuszczała dom, licząc na hit szczęścia i możliwość urządzenia się samemu. Dopiero późniejsze stulecia polepszą sytuację dzieci, kiedy rodzice zaczną poświęcać im więcej uwagi, gdy zaczną ich kształcić i wysyłać w świat, chcąc zapewnić im lepszą przyszłość. Emancypacja kobiet rozpoczęła się w sferach dworskich, gdzie pod cudzoziemskimi wpływami kobiety zaczynają odgrywać coraz istotniejszą rolę towarzyską, stają się ośrodkiem zainteresowania, podtrzymują rozmowy, inicjują zabawy. Są to jednak wypadki odosobnione, nadal kobieta zajmuje miejsce we fraucymerze, kuchni, przy dzieciach. Dziewczęta wychodziły za mąż bardzo wcześnie, mariaż traktowano często jako interes, nie liczono się więc z upodobaniem ani wiekiem córek. Długie rozmowy domowe i pertraktacje rodzin doprowadzały do postanowień, wobec których synowie, a zwłaszcza córki musiały być posłuszne. Syn znacznie łatwiej mógł wyrazić własną wolę w tym zakresie, żenić się później, czasami całkiem późno, miał większą niezależność w stosunku do ojca, widział więcej świata, więc i wybór mógł mieć większy. Panny natomiast, troskliwie izolowane w domu, pod ostrą kontrolą matki czy ochmistrzyni, nie miały wielkiego wyboru. Oddawane na pewien czas do klasztoru, na naukę, przywykłe ślepo słuchać rodziców, były zupełnie od ich woli uzależnione. W XIX wieku coraz więcej po miastach powstaje zakładów przemysłowych, a z nimi również środowiska robotników, powstaje wielka emigracja wsi do miast za chlebem. Jednakże i tam rodzinom żyje się ciężko, często w nędzy i w złych warunkach. Dzieci od młodych lat pracują wykorzystywane przez fabrykantów. Jednak z biegiem lat masy robotnicze solidaryzują się, walczą o swe słuszne prawa, powstają związki zawodowe biorące w obronę pokrzywdzonych i bezrobotnych. Rodzina w ciągu ostatnich dziesiątków lat uległa o wiele większym przemianom niż na przestrzeni ostatnich stuleci. Bierze ją w obronę Kościół. Potwierdza to encyklika papieża Leona XII z 1891 roku, a w 1930 roku papież Pius XI głosi w encyklice Casti connubi, że mąż i żona powinni być zjedno¬czeni świętą i czystą miłością. Wiele na ten temat mówi Sobór Watykański II i kolejni papieże, w tym chyba najwięcej Jan Paweł II, który widzi w rodzinie ostoję bytu narodowego i społecznego. Zakończmy więc te rozważania o rodzinie wierszem W. Damiana, który pisał przed laty: Szczęście rodziny - nie złoto, klejnoty, paradne suknie ani limuzyny, nie ilość zabaw, gdy w domu zgryzoty, ani pijaństwo w święta, w imieniny. Szczęście rodziny - to miłość wzajemna, spokój domowy, serca przywiązanie, to radość stała, choć praca brzemienna, ufność, szacunek i niepokalanie. Szczęście rodziny - to uśmiech matczyny, głęboka radość - gdy dziecko niewinne umie przeprosić za psoty i winy – i co dzień lepsze, milsze i uczynne. Szczęście rodziny - to ojca staranie, dbałość o wszystkich, jak samego siebie, to miłość dzieci i takie kochanie, że Chrystus, patrząc, błogosławi w niebie.

CHOINKA Trudno dziś sobie wyobrazić święta Bożego Narodzenia bez choinki, symbolicznego zielonego drzewka, które w każdy dom wnosi radość i nadzieje. Już Biblia mówi nam o drzewie rajskim, którego nie mieli prawa dotknąć pierwsi rodzice Adam i Ewa. Miało ono bowiem przypominać im najwyższe panowanie Boga nad nimi, całkowitą ich od Niego zależność. Dlatego właśnie zakaz spożywania owocu z tego drzewa ogłoszony został pod groźbą śmierci - pod groźbą utraty wszystkich przywilejów. Jednak człowiek pierwszy targnął się na Boże prawo, wzgardził Jego panowaniem. Uczynił to Adam z pełną świadomością, wiedział bowiem, czym to groziło i jakie tego będą konsekwencje. Było jeszcze w historii świata i inne drzewo, to, na którym umarł na Golgocie Zbawiciel Świata. Sam wybrał ten rodzaj śmierci, chciał przez to dać ludziom znak, że drzewo śmierci stało się drzewem nadziei, że zło, jakie poczęło się z drzewa rajskiego, zakończyło się przez drzewo krzyża. Chrystus stał się przez to owocem drzewa, które przywraca życie. Kult drzew znany był od początku ludzkości, należąc do najbardziej rozpowszechnionych symboli w życiu człowieka. Czcili drzewa Babilończycy i ludy Azji. Święte dęby, gaje oliwne były w całym Kanaananie, Mezopotamii i Grecji. Bardzo wcześnie w umysłach musiało zakorzenić się pewne podobieństwo drzewa i człowieka, ich przemijanie nieuchronne. Stąd wzięło się później drzewo genealogiczne - wizerunek ciągłości pokoleń i rozrastania się rodu, którego najlepszym przykładem ze Starego Testamentu jest wyobrażenie w sztuce Drzewa Jessego. W Grecji w niektóre święta wnoszono do domów i świątyń przystrojoną gałąź drzewa o wiecznie zielonych liściach. W Rzymie podobny zwyczaj istniał w czasie kalend marcowych, które przed juliańską reformą kalendarza rozpoczynały Nowy Rok. Wielu znawców tego tematu twierdziło, że rodowód dzisiejszego drzewka choinkowego wiąże się z tradycją istniejącą przed wiekami w czasie adwentu. W przedsionkach niektórych kościołów ustawiano zielone drzewka, które miały wyobrażać rajskie drzewo żywota. Zawieszano na nich opłatki, symbolizujące łaski udzielone przez Chrystusa. Zwyczaj ustawiania w domach leśnego drzewka narodził się w Alzacji około 1495 roku Początkowo drzewka te ubierano tylko jabłkami, na pamiątkę zakazanego owocu z rajskiego drzewka. Najstarsze znane źródło potwierdzające istnienie choinki na terenie Niemiec to sztych Ludwika Cranacha Starszego z 1509 roku, na którym jest ona przyozdobiona gwiazdami i świecami. Następna informacja dotyczy choinki przybranej w świece i ustawionej w żłóbku kościoła w Neustift w południowym Tyrolu (1621 roku). W XVIII wieku choinkę można spotkać w wielu krajach europejskich, głównie protestanckich. Trudno dziś wyjaśnić szczególne upodobanie do tej formy uzewnętrzniania przeżyć religijnych związanych z Bożym Narodzeniem i Nowym Rokiem właśnie w środowiskach protestanckich, które jak wiadomo, charakteryzuje maksymalna prostota i minimalna liczba obrzędów towarzyszących świętom religijnym. W Polsce w XVIII wieku obdarowywano dzieci w wieczór wigilijny gałązką szpilkowego drzewa, na której zawieszone były różne smakołyki. Na wsi, w chłopskich zagrodach, wisiałypodłaźniczki, ucięte tuż przy czubku jodełki, przybrane czerwonymi małymi rajskimi jabłuszkami, kolorowymi opłatkami tzw. światami w formie kuli, które za byle podmuchem wirowały, łańcuchami ze słomy. O takiej podłaźniczce pisał kiedyś Kazimierz Laskowski słowami swego wiersza:Praprawnuczko starych braci, sosen, Jakie echa żegnały cię w boru? Że aż dotąd grasz pobudką wiosen, Szumisz nutą ojcowskiego dworu, Że cię dotąd noszę na źrenicy W złotej łunie, wśród białej świetlicy! Widzę ciebie pośrodku komnaty Rozbłyszczona, naszych drzewin chłopko! Strojna w barwne, opłatkowe światy z kołysaną u gałązek szopka. Dlaczego wybrano do tego celu akurat jodłę? Odpowiedź wydaje się być prosta - bo to drzewo wiecznie zielone, żywe. Przez swoją żywotność i zieleń, nawet w zimie, staje się symbolem Chrystusa - drzewa życia, a przez przyozdobienie jej światłami symbolizuje Chrystusa - światłość świata. Choinka pojawiła się u nas najpierw w domach warszawskiego mieszczaństwa, potem trafiła do salonów magnackich, by w połowie XIX wieku zawędrować do szlacheckich domów i dworów. Najpóźniej trafiła do chat wiejskich, gdzie niepodzielnie królowała podłaźniczka. Dopiero w okresie międzywojennym i powojennym zadomowiła się i na wsi, choć ubierana nadal bardzo skromnie, bez żadnych nowinek ze świata, bez kosztownych ozdób. Marian Gawalewicz słowami swego wiersza ukazał własne wspomnienia o choince: Witaj mi, zielona choinko, dalekich wspomnień moich świadku uroczy w twoich światełkach utopiłem oczy, jak bym był jeszcze tą małą dzieciną, co do twych cacek śmiała się, choino. Choinko moja, tyś jak ludzkie życie cackami marzeń wkoło obwieszona, Serce się ku nim wciąż wyrywa z łona, i do twych świateł, do gwiazd na błękicie - aż je po jednej wszystkie zgasi życie. Dzisiaj ja ciebie pytam zasmucony, kędy te lata i ten domek kędy – gdziem śpiewał jeszcze dziecinne kolędy i anim marzył, że rzucę te strony, w których się pień twój rozwinął zielony. Choinko moja, blaskiem marzeń złota, ze wszystkich świateł, co na tobie płoną, jedno, jedyne z gałązką zieloną zachowaj ty mi na resztę żywota ... Dziś choinka straciła wiele z dawnego blasku, stała się rekwizytem z tworzywa, bez zapachu lasu, bez gałęzi wiecznie żywych. Lecz jakiekolwiek byłoby to nasze świąteczne drzewko, bez względu na materialną wartość składanych pod nim darów, jest ono drzewkiem, które ma dla nas od dzieciństwa do starości dziwną moc otwierania swoich serc ku drugim, składania im prezentów i życzeń, jak tego chce tradycja.

tekst z : Jan Uryga: Rok Polski w życiu, w tradycji i obyczajach ludu. Wydawnictwo Duszpasterstwa Rolników, Włocławek 2003